niedziela, 2 października 2016

List cz.1

Witam Serdecznie!
Przy okazji przeglądania skończonych i nieskończonych tekstów, znalazłam coś, czym chciałabym się z Wami podzielić. Opowiadanie zostało napisane dość dawno temu, początkowo planowałam wstawić całość od razu, jednak podzieliłam je na kilka części.
Choć opowiadanie nie jest związane z SasuNaru w żaden sposób, mam nadzieję, że zostanie ciepło przyjęte.
Nie przedłużając, życzę miłej lektury! :)


Ogromne wnętrze katedry było bardzo ciche. Gdyby nie szloch, odbijający się echem od ścian można by pomyśleć, że kościół jest pusty. Dwie główne nawy, były do połowy zajęte przez ubranych w czarne stroje żałobników, a każdy z nich siedział z lekko pochyloną głową i chusteczką w dłoni. Nikt nie rozmawiał, nikt nie szeptał. Jakieś małżeństwo, prawdopodobnie bliscy krewni zmarłego, obejmowało się, kojąc wzajemnie swoje łzy. Starsza pani systematycznie pociągała nosem, co rusz unosząc chustkę do oczu, a siedzący obok niej mężczyzna wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w sufit ponad ołtarzem, przed którym ustawiona została trumna, obok której stało duże zdjęcie przystojnego, szeroko uśmiechniętego mężczyzny, opatrzone czarną wstęgą.

W trumnie leżał młody chłopak. Miał nie więcej niż dwadzieścia kilka lat. Jego blada twarz wyglądała bardzo spokojnie, jasne włosy rozłożono na poduszce by wyglądały, jak okalająca twarz młodzieńca aureola. Nie uśmiechał się. Nie miał też skrzywionych ust. Ot zwyczajny, poważny wyraz twarzy. Został ubrany w białą koszulę z granatową muchą przy szyi i czarny garnitur. Trumna była otwarta tylko do połowy, ze względu na obrażenia, jakie odniósł zmarły.
            Przy nim, przy samej trumnie stał wysoki czarnowłosy mężczyzna, podpierając się na kuli. Z drugiej strony był trzymany pod ramię by nie stracił równowagi. Prawą nogę i lewą rękę miał włożoną w gips, a dookoła głowy owinięty opatrunek zabezpieczający szwy przed zanieczyszczeniami. Pochylał się nad leżącym, zdrową dłonią gładząc blade policzki. W oczach miał łzy, które z jakiegoś powodu wciąż nie mogły popłynąć. Nie chciały, zupełnie jakby ktoś zatrzymał je na siłę. Mężczyzna chciał płakać. Czuł się jak pusta, opuszczona skorupa. Nie był w stanie powiedzieć nawet słowa. Odkąd dowiedział się, o jego śmierci, nie był w stanie funkcjonować. Nie jadł, nie rozmawiał z nikim. Spał po kilka minut dziennie, gdy tylko zamykał oczy widział jego pozbawioną życia twarz. Nie mógł znieść tego widoku. Nie mógł uwierzyć, że to już koniec, że ostatni raz widzi tą twarz, dotyka jego policzków. Do jego świadomości nie docierała myśl, że już nigdy nie zobaczy blasku niebieskich oczu. Już nigdy nie przytuli do siebie tego mężczyzny, nawet nie zobaczy jego uśmiechniętej czy nawet zmęczonej twarz. Nic. To koniec. Wszystko skończyło się wraz ze słowami doktora, który oznajmił mu, że nie udało się uratować chłopaka. Powiedział, że stan był zbyt krytyczny i cudem przetrwał noc po wypadku, to niesamowite, że nie zginął na miejscu. Skończyło się jego życie. Skończył się jego świat. Poczuł jak podtrzymujący go brat, delikatnie próbuje odciągnąć go w stronę ławki. Nawet na niego nie spojrzał, wciąż gładził policzek ukochanej osoby. Odsunął się dopiero, gdy usłyszał podnoszących się ludzi. Pozwolił odprowadzić się na swoje miejsce, jednak nie odrywał wzroku od twarzy mężczyzny w trumnie. Wciąż miał nadzieję, że to wszystko jest koszmarem, z którego za kilka minut obudzi się, a później zobaczy, że wszystko jest bez zmian. Tak bardzo tego pragnął...
- Spadają gwiazdy i my upadniemy, kwiaty więdną i my zwiędniemy, jednak te gwiazdy świeciły pięknym życiem, kwiaty długo kwitłu, a klejnot w grudzie zostanie - zacytował ksiądz stając przy ambonie. - Słowa te w jakże piękny i symboliczny sposób odzwierciedlają niezmiennie prawo natury, według którego wszystko ma swój początek, trwanie i nieunikniony kres - tu nastąpiła długa pauza.
- Jedynie człowiek, którego symbolizuje ów diament, klejnot w grudzie, jest w stanie oprzeć się tej regule. Jego, przemijanie nie dotyczy, pozostaje na długo w dziełach własnej pracy i pamięci najbliższych. Szanowna rodzino, szanowni państwo, zabraliśmy się tu dziś, by po raz ostatni pożegnać Ukyo Malesa, młodego mężczyznę, którego życie zatrzymało się, nim zdążyło na dobre rozpocząć. Życia ludzkiego nie można powtórzyć podobnie jak szlaku komety, która raz przecina horyzont - wśród zebranych przeszła fala szlochu. - Odszedł od nas człowiek wielkiej uczciwości i wrażliwości serca, kochający swych bliskich i szanujący przyjaciół. Śmierć bliskiej osoby i pogrzeb to doniosłe wydarzenie dla rodziny i grupy społecznej, której zmarły był członkiem. Wiemy, że jest to nieuniknione, lecz kiedy nadchodzi powoduje ból i smutek. Pan Ukyo żył między nami dwadzieścia dwa lata, z nami, ale nigdy obok nas. Odszedł od nas na zawsze, ale póki go będziemy pamiętać to tak jakby nie umarł, lecz jakaś jego cząstka będzie żyła pośród nas.

          Dalszej części ceremonii nie pamiętał. Nie wiedział, co się działo dookoła niego. On widział tylko Ukyo. Nic po za tym. Pod koniec ceremonii, nie zważając na protesty jego brata Williama, wyrwał się do przodu i uczepił dłońmi trumny. Nachylił się i po raz ostatni ucałował teraz zimne wargi ukochanego. Do samego końca nie puścił krawędzi trumny, nie pozwalając jej zamknąć. Szedł obok samochodu przewożącego Ukyo na miejsce wiecznego spoczynku. Później, kiedy wyciągali go, pogłaskał jego twarz i ze łzami w oczach odsunął się pozwalając pracownikom domu pogrzebowego wykonać swoje zadanie do końca. Widząc jak zamknięta trumna jest opuszczana w dół, nie wytrzymał. Zasłaniając usta dłonią rozpłakał się niczym dziecko. Łzy spływały po jego policzkach, a on oddychał spazmatycznie, co chwilę wycierając nos. Wydawało mu się, że ktoś do niego mówił, ktoś go wołał, ale on pamiętał tylko opadającą trumnę, czarne stroje oraz rozpacz.
Rozpacz przemieszaną z bólem, żalem i czymś, czego nie umiał opisać słowami.
Później była tylko ciemność.
Nie było już nic. 

1 komentarz:

  1. Hej,
    bardzo wzruszający tekst, zastanawia mnie co się stało, był jakiś wypadek, no cóż był jego chlopakiem i cięžżko mu bardzo, że więcej go nie zobaczy...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń