sobota, 8 października 2016

List cz.3

Czy rzucisz się w moje ramiona, czy może spokojnie podejdziesz i mnie uściskasz?

            Wracając do wcześniejszego tematu, pogoda była prawie taka sama, jak tego dnia, kiedy się poznaliśmy. Wtedy też było bardzo zimno. Czyste niebo oraz jasne, ciepłe słońce, dające namiastkę nadchodzącej wiosny. Spieszyłem się wtedy na spotkanie biznesowe, bardzo ważne z resztą. Wstąpiłem do sklepu chcąc kupić kawę na wynos. Chciałem jak najszybciej ją wypić w drodze do biura, z nadzieją, że ożywi zmęczone i tak już spięte ciało oraz osnuty senną mgiełką umysł. Tak, byłem bardzo zestresowany, były to czasy, kiedy miałem problemy prawie ze wszystkim, a w szczególności z rozporządzaniem czasem, co bardzo często skutkowało różnego rodzaju kłopotami. Teraz się z tego śmieje, ale uwierz mi, wtedy było okropnie. I ciężko. Wszystko robiłem na ostatnią chwilę. Dobrze, może nie wszystko, ale większość. Do tej pory zostało mi coś z tamtego okresu, sam doskonale wiesz. Firma dopiero zaczynała dobrze prosperować, przynosić korzyści. Mieliśmy dużo propozycji współpracy, zawarcia nowych kontraktów, wzięcia pożyczek. Szef starał się wszystko należycie uporządkować, ale najwięcej pracy spadło na głowy zarządu. Dlaczego? Papierkowa robota od zawsze należała do mojego działu oraz w niewielkiej części do Prezesa. Tym razem było tego zbyt dużo, by jeden człowiek mógł wszystko rozplanować. Kierownik mówił nam, co mamy robić, a my zwyczajnie wykonywaliśmy polecania, niekiedy dodając własne pomysły czy propozycje. Dniami i nocami ślęczałem nad dokumentami przeglądając, zatwierdzając lub odrzucając a wreszcie samemu pisząc nowe umowy. Co lepsze kontrakty i zgłoszenia zanosiłem do Szefa.
Nie pamiętam, czy Ci o tym mówiłem, wtedy pracowałem także jako recenzent, sporadycznie reporter, lokalnej gazety. Prowadziłem kolumnę na temat literatury klasycznej, fantastycznej oraz muzyki. Jak się później dowiedziałem, była to jedna z najczęściej kupowanych przez Ciebie gazet.
            Drzwi do sklepu otworzyłem dość gwałtownie i niefortunnie uderzyłem cię nimi, jednocześnie upuszczając gruby plik dokumentów, które miałem ściśnięte pod pachą. Początkowo się zdenerwowałem, wydarłem na Ciebie, choć to była moja wina, a zdając sobie z tego sprawę poczułem się jak ostatni cham i kretyn. Natychmiast pomogłem Ci wstać, przepraszając niewyraźnie i zebrałem porozrzucane papiery, a wtedy Ty roześmiałeś się wyciągając do mnie pomocną dłoń. W ramach rekompensaty za swoje zachowanie, zaproponowałem wypad na kawę, mimo iż nawet nie znałem Twojego imienia. Czułem się w obowiązku należycie przeprosić za własny brak opanowania. Później... Później zapragnąłem bliżej cię poznać, ale o tym dalej.
Twój ciepły uśmiech, radosny śmiech i beztroska, z jaką potraktowałeś całe zajście napełniły mnie ulgą, lecz także zakłopotaniem. Jak mogłem wydrzeć się na bogu ducha winną zupełnie mi obcą osobę, na którą to ja wpadłem? Wstydziłem się swojego wybuchu i braku ogłady. Tak, wtedy myślałem. Śmiejesz się? Zapewne śmiech wyciska z Twoich oczu łzy. Patrząc na to teraz... Ah lepiej już tego nie komentować. Resztę dopowiedz sobie sam. Zastanawiasz się, dlaczego opisuję Ci wszystko skoro sam doskonale znasz tą historię? Nigdy dotąd nie myślałem by utrwalić wspomnienia na papierze. Może nie byłem na tyle odważny by opowiedzieć to ze szczegółami. Pomijałem głębsze analizy, ograniczając się do suchych faktów. Leżąc na śniegu, postanowiłem, w końcu przedstawić to tak, jak powinienem był zrobić to już dawno, choć nie należę do osób wylewnych. Kiedyś, czytając to, przypomnimy sobie jak było " za dawnych lat". Pamiętam, że do końca dnia nie mogłem się skupić, a w dodatku nie widziałem powodu ku temu, choć tłumaczyłem to sobie niewyspaniem i przekroczeniem granicy zmęczenia.
            Powiedz... czy nie tęsknisz czasami do tamtych zabawnych dni, kiedy stawałem na głowie by wzbudzić Twoje zainteresowanie? Aczkolwiek jak się później dowiedziałem, darzyłeś mnie fascynacją, równorzędną mojej.

            Kilka dni później wyszedłem z domu na niedzielny spacer, dochodząc do wniosku, że trochę świeżego powietrza mnie nie zabije. Na swojej drodze znów spotkałem Ciebie. Cóż za zbieg okoliczności! Dzień wcześniej dotarło do mnie, że nie znam ani Twojego imienia ani nie mam numeru telefonu, co uniemożliwia mi zrealizowanie zaproponowanej rekompensaty. Nawet nie wiesz jak głupio i źle się poczułem. Miałem nadzieję, na ponowne spotkanie. Szczęśliwie, nastąpiło o wiele szybciej niż się tego spodziewałem. Zacznijmy od tego, że przez chwilę dopuszczałem do świadomości komunikat, mówiący „ przecież więcej się nie spotkacie, to miasto jest duże”. No i jak się domyślasz byłem na siebie zły, a wręcz wściekły. Zmęczenie to jedno, ale żeby od razu zapominać o podstawowych zasadach etykiety? Nawet się nie przedstawiłem, a już zaprosiłem cię na kawę... Cóż za lekkomyślność.

1 komentarz:

  1. Hej,
    te wspomnienia dobrze przedstawiłaś, no i to jak się wybrł przy ich pierwszym spotkaniu...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń