czwartek, 1 grudnia 2016

Rozpacz I Cierpienie.


Witajcie! 馃挋
Dzisiaj mam dla Was co艣 nowego. Przez najbli偶sze trzy tygodnie, w czwartek wieczorem b臋dzie pojawia艂y si臋 kolejne cz臋艣ci. Seria zosta艂a ju偶 zako艅czona, popracuj臋 teraz nad kolejn膮, jednak na razie " Ksi臋cia" i " P艂omyczek" od艂o偶y艂am na bok. Mi艂ego czytania!
~ Aoi ~

Piorun uderzy艂 w ziemi臋, pozostawiaj膮c na niej 艣lad, w kt贸rym momentalnie zebra艂a si臋 woda. W pobli偶u nie by艂o 偶adnego drzewa, 偶adnego schronienia, niczego, co mog艂oby odwr贸ci膰 uwag臋 boga piorun贸w. Nie m贸g艂 przecie偶, od tak zrezygnowa膰 z rzucania ognistymi oszczepami. Dlaczego mia艂by to zrobi膰? Po co? Zapewne na g贸rze jest nudno. Nie ma, co robi膰, a jedynym zaj臋ciem jest obserwowanie ludzi, kt贸rzy z dnia na dzie艅 staj膮 si臋 g艂upsi, gorsi, bardziej paskudni i odra偶aj膮cy ni偶 poprzedniego dnia. Z艂o, zepsucie, plugastwo… Wszystko to sprawia, 偶e ziemia wcale nie r贸偶ni si臋 od piek艂a. Nie wiele jest r贸偶nic. Przynajmniej tak mo偶na pomy艣le膰, kiedy z pi臋knego s艂onecznego dnia, wy艂ania si臋 mrok, niebo zas艂ania kurtyna czerni, strugi deszczu lej膮 si臋 niczym 艂zy anio艂贸w, a b贸g, w ramach zemsty ciska ogniste gromy.



Inn膮 spraw膮 jest ju偶 to, czy rzeczywi艣cie celuje, czy mo偶e wybiera przypadkowe punkty? Niewinne istoty, ro艣liny, zwierz臋ta… C贸偶 mu zawinili, 偶e musz膮 znosi膰 takie katusze? 艢mier膰 w p艂onieniach, sw膮d palonego cia艂a… Nie, to nie jest nic przyjemnego, ani fascynuj膮cego jak twierdz膮 niekt贸rzy. Nie, nie i nie.
            Spotka艂 go taki los, na jaki s膮 sobie zapracowa艂, teraz nie b臋dzie narzeka艂. Spojrza艂 w niebo, westchn膮艂 przeci膮gle. Min臋艂o dopiero kilka minut odk膮d rozp臋ta艂a si臋 burza, a on ju偶 mia艂 dosy膰 ca艂ego 艣wiata, odni贸s艂 wra偶enie, 偶e si臋 od niego odwr贸ci艂, w tym w艂a艣nie momencie, b贸g o nim zapomnia艂. Przecie偶 gdyby pami臋ta艂, nie zrzuci艂by tylu nieszcz臋艣膰… Tyle b贸lu… Jak mo偶na m贸wi膰 o szcz臋艣ciu, gdy moknie si臋, stoj膮c na 艣rodku zupe艂nego pustkowia? D偶ungla, pe艂na betonowych budynk贸w, przepe艂niona tworami, dzikimi, n臋dznymi, ma艂ymi… Tak, my艣li o ludziach, tak ich postrzega, mimo i偶 sam jest jednym z nich. Nie czuje wi臋zi gatunkowej, nie ma instynktu stadnego. Teraz, kiedy przemarz艂 ju偶 do szpiku ko艣ci, ka偶da nitka jego ubrania ocieka wod膮, zimny materia艂 klei si臋 do cia艂a, pogarszaj膮c ju偶 i tak z艂膮 sytuacj臋. Gdzie s膮 ludzie? Gdzie jest pomoc? Gdzie stado, zdolne go ochroni膰?
Nie ma.
Jest sam, zupe艂nie sam na tym wielkim 艣wiecie, po艣r贸d stali, betonu i dzikich obcych ludzi, zbyt zaj臋tych sob膮 by, cho膰 spojrze膰 w d贸艂, by, cho膰 zobaczy膰, siedz膮cego na zimnym bruku ch艂opaka, porzuconego przez los.
W tej w艂a艣nie chwili, kiedy siedzia艂 tak, obejmuj膮c kolana i pr贸buj膮c zachowa膰 resztki ciep艂a, zw膮tpi艂 w wszelki przejaw ludzkiej dobroci. Zastanawia艂 si臋, do czego przyda mu si臋 te kilkana艣cie lat 偶ycie, podczas kt贸rego zdoby艂 popularno艣膰, przyjaci贸艂, a nawet mi艂o艣膰, skoro teraz, gdy najbardziej ich potrzebuje, nie ma przy nim nikogo. Nie ma nikogo skorego do pomocy. Przechodnie brzydz膮 si臋 na niego spojrze膰, my艣l膮, 偶e skoro siedzi na chodniku, staraj膮c si臋 schroni膰 pod i tak przemoczonym kapturem, jest kim艣 z艂ym. Z艂o emanuje z niego na ka偶d膮 stron臋, nie mo偶e przecie偶 by膰 uczciwym, godnym obywatelem. Przecie偶 siedzi sam, w deszczu, na betonie. Nie ma nawet parasolki. Nie oczekuje niczego, od nikogo. Nie ma prawa, nie ma nadziei, nie ma ochoty ani motywacji.
            Westchn膮艂 zn贸w. Samoch贸d przeje偶d偶aj膮c niedaleko niego, rozbryzga艂 ka艂u偶臋, zasi臋g lotu by艂 tak szeroki, 偶e a偶 oberwa艂. B艂otna ma藕 uderzy艂a go w twarz. Zn贸w poczu艂 si臋 upokorzony. Zastanawia艂 si臋 czy kiedykolwiek uczyni艂 co艣 tak z艂ego, by teraz za to pokutowa膰? Nie m贸g艂 znale藕膰 takiej rzeczy.
            Wszystko zacz臋艂o si臋, gdy straci艂 prac臋. Najpierw jego firma zbankrutowa艂a, zosta艂 na lodzie, zad艂u偶ony na kilka tysi臋cy, jak ka偶dy z pracownik贸w. Aby zmniejszy膰 koszty, szef kaza艂 im bra膰 po偶yczki dla dobra firmy. Dosz艂o nawet do tego, 偶e komornik pozbawi艂 go dachu nad g艂ow膮, w艂膮cznie ze wszystkimi dobrami, kt贸re posiada艂. Gdy przyjaciele dowiedzieli si臋 o tym, przestali odbiera膰 telefony, ka偶dy z nich by艂 bardzo zaj臋ty… Wyjazdy s艂u偶bowe, wa偶ne uroczysto艣ci rodzinne, kt贸re pojawi艂y si臋 z dnia na dzie艅 i masa innych, na tyle wa偶nych spraw, by nie mogli nawet z nim porozmawia膰. Dziewczyna z nim zerwa艂a… Oh, i tak chcia艂 zako艅czy膰 ten zwi膮zek, nieustannie zdradza艂a go z kolegami z pracy. My艣la艂a, 偶e tego nie widzi… Na pocz膮tku si臋 denerwowa艂. P贸藕niej zrozumia艂. Jedyne, co robi艂 to przygotowywa艂 si臋 psychicznie do powa偶nej rozmowy.
            Rodzice od dawna nie 偶yj膮, z bratem nie rozmawia, urwa艂 z nim kontakt dawno temu, gdy okaza艂o si臋, 偶e robi艂 wszystko, by straci艂 prac臋, dom, zal膮偶ek rodziny i zaufanie przyjaci贸艂. (Jak wida膰 uda艂o mu si臋 to osi膮gn膮膰.)
Sasuke zosta艂 teraz sam. Zupe艂nie sam, na zimnym bruku, w mokrym ubraniu. Odgarn膮艂 z czo艂a kilka lepi膮cych si臋 lodowatych lok贸w.     W艂osy uros艂y mu ju偶 tak bardzo, 偶e skr臋ca艂y si臋 w loki, a z brody m贸g艂by prawdopodobnie zaple艣膰 艂adny – dosy膰 kr贸tki – warkoczyk. Pukle przeszkadza艂y mu, sp艂ywa艂a z nich woda… Skuli艂 si臋 jeszcze bardziej okrywaj膮c kolana p艂aszczem. Chcia艂 zachowa膰 ulatniaj膮ce si臋 ciep艂o, ch艂贸d przenikn膮艂 ca艂e jego cia艂o. Odczuwa艂 bole艣nie ka偶dy nerw, 偶y艂k臋, skrawek sk贸ry. Z ziemi bi艂o lodowate zimno, z g贸ry nie lepiej, bowiem deszcz nie nale偶a艂 do ciep艂ych. Katar ju偶 ciek艂 mu z nosa, do oczu cisn臋艂y si臋 艂zy. Czu艂 si臋 beznadziejnie, nic nie zapowiada艂o poprawy. Nikt nie wyci膮gnie do niego r臋ki, nie rzuci liny ratunkowej.
            A to dopiero kilka minut burzy…
Jak to mo偶liwe, 偶e w kilka zat臋ch艂ych minut, wszystko przesi膮k艂o deszczem i beznadziejno艣ci膮? Jak 艣wiat mo偶e zawali膰 si臋 na g艂ow臋 w tak kr贸tkim czasie? Kiedy zacz臋艂o doskwiera膰 mu zimno, a po艣ladki prawdopodobnie zacz臋艂y odmarza膰, wsta艂 i poprawi艂 na sobie mokre ubranie. Nie m贸g艂 u艂o偶y膰 p艂aszcza, zsuwa艂 si臋 to z lewego to z prawego ramienia, sprawia艂 wra偶enie zbyt obcis艂ego, zbyt ci臋偶kiego. W przyp艂ywie irytacji chcia艂 go zdj膮膰. Ale przecie偶… Obecnie to jego jedyny p艂aszcz… Zachowa go. Mo偶e przyda si臋 na p贸藕niej. W ko艅cu musi na czym艣 spa膰. Albo mie膰, czym si臋 przykry膰. Nie mia艂 pewno艣ci czy ktokolwiek go przygarnie.
            Powolnym krokiem ruszy艂 przed siebie, wyszed艂 z za艂o偶enia, 偶e lepiej by si臋 rusza艂 ni偶 siedzia艂 tak w miejscu i czeka艂 na wi臋kszy katar, zapalenie p艂uc czy inne licho, kt贸re m贸g艂 z艂apa膰 siedz膮c na ziemi. Poci膮gn膮艂 nosem, kichn膮艂. Jeden raz i kolejny i kolejny. Karar nagle wyp艂yn膮艂 z jego nosa, zupe艂nie jakby kto艣 odkr臋ci艂 kran. A dla niego zero ratunku…
Przypomnia艂 sobie o chusteczkach, kt贸re mia艂 w kieszeni, oh, w ko艅cu nadzieja, w ko艅cu co艣 dobrego, co艣 suchego! Przecie偶 chusteczki s膮 zamkni臋te w opakowaniu, nie mog艂y przemokn膮膰. Wygrzeba艂 je, folia by艂a podejrzanie ci臋偶ka. Zastanowi艂 si臋 chwil臋, czy to mo偶liwe? Nie… nie… nawet chusteczki. Eh. Jedyna sucha rzecz, kt贸r膮 posiada艂.
Cisn膮艂 je pod nogi, wy艂adowuj膮c na nich u艂amek frustracji.
            Szed艂 przed siebie, poci膮gaj膮c nosem, deszcz wcale nie zmywa艂 kataru, p艂yn膮cego niemal bez przerwy. Czas rozejrze膰 si臋 za suchym miejscem do spania. Poprzedni膮 noc sp臋dzi艂 na 艂awce, by艂o nawet ca艂kiem ciep艂o. M贸g艂 znie艣膰 t膮 temperatur臋. Jednak kiedy deszcz leje si臋 strumieniami, ci臋偶ko b臋dzie odnale藕膰 suchy skrawek ziemi.
Przystan膮艂 na chwil臋 by odpocz膮膰 i zastanowi膰 si臋 dok膮d i艣膰. Z zamy艣lenia wyrwa艂o go to, 偶e w g艂ow臋 przesta艂y uderza膰 nachalne lodowate krople. Mimo i偶 przed sob膮 widzia艂 nadal lej膮cy deszcz, on znalaz艂 si臋 w strefie bezpiecznej! Rozejrza艂 si臋 my艣l膮c, 偶e stan膮艂 pod daszkiem. W tej samej chwili zauwa偶y艂, cie艅 nad sob膮 oraz posta膰 stoj膮c膮 obok. M臋偶czyzna by艂 jedyn膮 osob膮, kt贸ra si臋 zatrzyma艂a. Jedyn膮 w ci膮gu ostatnich miesi臋cy 偶ycia na ulicy.
- Nic ci nie jest? – zapyta艂, a jego g艂os od razu wyda艂 si臋 ciep艂y i mi艂y. – Ca艂y przemok艂e艣! Zapomnia艂e艣 parasola z domu?
- Ja… Deszcz mnie zaskoczy艂 – szybko odchrz膮kn膮艂, chc膮c udawa膰 zupe艂nie normalnego cz艂owieka, wracaj膮cego w艂a艣nie do domu. Cho膰 jego zarost, przyd艂ugie w艂osy i pozosta艂o艣ci lepiej, b艂otnej mazi na twarzy, natychmiast pozbawia艂y go wszelkich pozor贸w.
M臋偶czyzna roze艣mia艂 si臋 serdecznie s艂ysz膮c to.
- My艣l臋, 偶e o tej porze roku nie powinien nikogo zaskoczy膰.
Sasuke odwr贸ci艂 si臋 w jego stron臋 ca艂ym cia艂em, gdy偶 wcze艣niej zwr贸ci艂 w kierunku nieznajomego tylko g艂ow臋. Odgarn膮艂 w艂osy z czo艂a i ukradkiem wytar艂 twarz z kataru, stara艂 si臋 wygl膮da膰 przyzwoicie… Ale to by艂o tak, jakby w dresach pr贸bowa艂 wygl膮da膰 elegancko.
M臋偶czyzna widz膮c jego wysi艂ki, zdj膮艂 kaptur z g艂owy i si臋gn膮艂 do kieszeni. Poda艂 mu chustk臋, nakaza艂 otarcie nosa i  twarzy. By艂a to niezwyk艂a chusteczka, poniewa偶 w dzisiejszych czasach nikt nie nosi cudownie mi臋kkich, materia艂owych chusteczek z wyszywanymi inicja艂ami: N.U. Ogromn膮 przyjemno艣膰 sprawi艂o mu u偶ywanie jej, w tej chwili cieszy艂 si臋, 偶e deszcz chocia偶 troch臋 zmy艂 z jego twarzy kurz i brud cz艂owieka pozbawionego prysznica. Nie wiedzie膰 czemu nadal przejmowa艂 si臋 nie tylko zaspokajaniem podstawowych potrzeb organizmu, ale te偶 swoim wygl膮dem. Przynajmniej gdy spotka艂 tego cz艂owiek zacz膮艂 tak my艣le膰.
- Oh, wybacz. Musz臋 odda膰 ci j膮 brudn膮… - zerkn膮艂 na mokr膮 kulk臋 w jego d艂oni.
- Zatrzymaj – odwr贸ci艂 wzrok, by膰 mo偶e czuj膮c zak艂opotanie. Wyci膮gn膮艂 d艂o艅 tak jak do u艣cisku. – Na imi臋 mi Naruto. A ty, kim jeste艣?
S艂ysz膮c zabawnie z艂o偶one zdanie Sasuke parskn膮艂 urywanym 艣miechem, cho膰 wcale nie by艂o mu do 艣miechu. Nieco niepewnie, lecz w ko艅cu u艣cisn膮艂 d艂o艅 blondyna, bo taki kolor mia艂y w艂osy poznanego wybawiciela.
- Sasuke.
- S艂uchaj, nie chc臋 wtr膮ca膰 si臋 w nie swoje sprawy, ani w 偶aden spos贸b ci臋 urazi膰. Kilka dni temu i wczoraj i dzisiaj te偶, widzia艂em ci臋… Nadal widz臋, w tym miejscu, w tych samych ubraniach. Do tego dzi艣 jeste艣 zzi臋bni臋ty i przemoczony. Ja… - zacisn膮艂 usta, nie mog膮c m贸wi膰 dalej. – Ja… Nie potrafi臋 przej艣膰 oboj臋tnie obok czyjego艣 nieszcz臋艣cia! Szczeg贸lnie, 偶e jeste艣 m艂ody, pewnie jeste艣my w podobnym wieku. Ja mam dwadzie艣cia pi臋膰 lat, pr贸bowa艂em postawi膰 si臋 na twoim miejscu i s膮dz臋, 偶e w takiej sytuacji ka偶dy potrzebuje pomocy, a do tego wiem, 偶e mog臋 ci jej udzieli膰 dlatego…
Sasuke s艂ucha艂 tego s艂owotoku coraz szerzej otwieraj膮c oczy, sam nie wiedzia艂 jak to mo偶liwe, 偶e mo偶e otworzy膰 je tak szeroko. Z drugiej strony chcia艂 aby Naruto w ko艅cu przeszed艂 do sedna sprawy. 艢ciemnia si臋, czas poszuka膰 miejsca do spania na dzisiejsz膮 noc.
- … postanowi艂em podarowa膰 ci kilka rzeczy! Prosz臋 przyjmij je! Z pewno艣ci膮 ci si臋 przydadz膮, z pewno艣ci膮 nie jest ci lekko. Ja… B臋dziesz tu jutro? Mam pewien pomys艂, z pewno艣ci膮 si臋 pojawi臋!
Ko艅cz膮c wypowied藕 wcisn膮艂 mu w d艂onie ci臋偶k膮 torb臋, potem jeszcze parasole i do kieszeni przemoczonego p艂aszcza wrzuci艂 jak膮艣 kartk臋.
- Daj臋 ci moj膮 wizyt贸wk臋 jakby艣 mia艂 mo偶liwo艣膰 dzwonienia, w co w膮tpi臋, ale jednak wola艂em i…
- Naruto – przerwa艂 mu. Nie potrafi艂 zrozumie膰 sk膮d ten s艂owotok u ch艂opaka. -  Dzi臋kuj臋 za wszystko! Odk膮d trafi艂em na ulic臋, nikt nie by艂 dla mnie tak dobry. Nie wiem, sk膮d w tobie tyle zaufania i wsp贸艂czucia, jednak偶e dzi臋kuj臋 ci za to – uk艂oni艂 si臋 chc膮c w ten spos贸b wyrazi膰 swoj膮 wdzi臋czno艣膰, cho膰 by艂 to niezwykle oficjalny gest.
- Przykro mi, 偶e nie mog臋 zrobi膰 nic wi臋cej.

Ch艂opak by艂 szczery, emocj臋 odbija艂y si臋 w jego oczach.

Brak komentarzy:

Prze艣lij komentarz