czwartek, 27 kwietnia 2017

Resurrected, rozdział XIV

            Obudziwszy się po raz kolejny, czułem się dużo lepiej, zwłaszcza, że mogłem swobodnie poruszać rękoma. Cieszę się, że mnie uwolnili, najwyraźniej okazałem się godnym tego zaszczytu. Podrapanie się po twarzy sprawiło mi ogromną przyjemność jak i ulgę, z tym, że nagle zaczęło mnie swędzieć wszystko… Na szczęście po chwili ustąpiło.

             Byłem sam, mogłem zatem swobodnie wstać z łóżka. Aparatury, do których byłem wcześniej podpięty zniknęły bez śladu, a koło łóżka zobaczyłem jedynie stojak na kroplówkę, której na szczęście teraz nie miałem. Ostrożnie usiadłem, a potem wstałem z trudem trafiając stopami w kapcie, które widziałem po raz pierwszy w życiu. Czyżby jakieś wyposażenie szpitala?
            Podpierając się na wieszaku „kroplówkowym”, opuściłem salę mijając dwóch policjantów, najwyraźniej zaskoczonych tym, że postanowiłem wyjść na spacer. Przecież ileż można leżeć… Nogi potrzebowały rozprostowania, a ja pragnąłem udać się za potrzebą. Teraz mogłem samodzielnie.
Czułem się trochę upokorzony, tym, że mam problemy z takimi podstawowymi czynnościami. Podobno szybko się regeneruje, jednakże nie czuję tego  w odniesieniu do moich ruchów i przemieszczania się. Zapewne powoduje to długa przerwa w używaniu mięśni.
Oprócz przedstawicieli służb mundurowych przed drzwiami do mojej sali, na korytarzu spotkałem dwóch pacjentów i pielęgniarkę siedzącą za ladą recepcji. Wydawała sprawiała wrażenie nazbyt zainteresowanej gazetką, którą przeglądałam. Miałem ochotę zapytać, co mądrego z niej wyczytała. Musiało to wywołać swego rodzaju przełom w jej życiu, bowiem nie perfidnie zignorowała wypowiedziane przeze mnie powitanie. Chciałem tylko być uprzejmy. Wzruszyłem ramionami i wznowiłem swoją jakże długą i mozolną podróż.
            Miałem kilka problemów z drzwiami od toalety, na szczęście szybko się z nimi uporałem. Znalazłem tam lustro i próbowałem obejrzeć moje rany. Niestety, sięgało tylko do połowy klatki piersiowej, a podskoki sprawiały mi ból, więc mogłem podejrzeć tylko kawałek opatrunku na torsie i plecach. Właściwie skręcanie tułowia, siadanie, wstawanie i chodzenie też nie należało do najprzyjemniejszych.
A w ogóle to miałem na sobie dziwną szpitalną piżamę, niebiesko-białą. Wisiała na mnie jak worek na ziemniaki założony na strach na wróble. Była zrobiona z materiału w dotyku przypominającym ścierkę używaną do mycia kuchennych blatów i w moim odczuciu była zwyczajnie nieprzyjemna. Jednak zawsze lepsza niż nic.
Droga powrotna do pokoju przebiegła podobnie jak poprzednio. Ci sami pacjenci, spacerowali powoli korytarzem, pielęgniarka zaczytana, policjanci przed salą. Zasalutowałem im niemrawo z nadzieją na jakąś interakcję, nie zawiedli mnie odpowiadając tym samym.
Z radością powitałem miękkie łóżko i telewizor. Niestety musiałem dodatkowo wstać po pilota, którego zapomniałem. Potem po wodę… Zmęczyłem się i resztę popołudnia spędziłem wgapiając się w ekran.
Nic nie było w telewizji, nikt do mnie nie przychodził. Czułem się samotny. I głodny. Nie pamiętam, kiedy ostatnio coś jadłem, a dzbanek wody, która do tej pory łagodziła odczucia głodu cudownie opustoszał.
I kiedy już myślałem, że oszaleję i umrę z głodu i bólu, olśniło mnie. Mam pilocik z kolorowymi guziczkami przy łóżku!
Ah, genialny jestem. Szkoda tylko, że tak długo zajęło mi to całe olśnienie…
Nacisnąłem każdy po kolei, a po chwili w sali roiło się od różnych osób. Spanikowane pielęgniarki, lekarz sapiący jak po maratonie, a miny ich wszystkich wyglądały jakby zobaczyli coś bardzo szokującego.
- Nic panu nie jest! – wykrzyknął lekarz. – Uruchomił pan alarm!
- Ja? – zdziwiłem się z uśmiecham. – Ja tylko jestem głodny i potrzebuję telefonu.
- Możecie odejść, zajmę się tym żartownisiem – między oddechami doktor odprawił resztę personelu. – Pan Uchiha miał pokazać panu jak używać pilota… Czerwiny naciskamy tylko w sytuacji krytycznej, gdy pańskie życie jest zagrożone, zielonego używamy gdy chce pan zawołać pielęgniarkę a pozostałe to ustawienia fotela.
- Ależ moje życie jest zagrożone! – zwołałem oburzony.  – W ogóle mnie tu nie karmicie, usycham z pragnienia i umieram z głodu!
- Niech nie żartuje, to nie jest zabawne. Cały odział przez pana tutaj przybiegł.
- Inaczej nawet tu nie zaglądacie… - mruknąłem nieco zawstydzony zamieszaniem, które wywołałem.
- Na przyszłość proszę zastanowić się, zanim zacznie się pan bawić pilotem – burknął. – Obiado-kolaje podamy za godzinne. Tymczasem podam panu kroplówkę, a potem zmienimy opatrunek.
- Co się stało? – Sasuke uniósł brwi wchodząc do Sali. – Widziałem tłum opuszczający to pomieszczenie.
- Widzę, że pojawił się pan Uchiha, zatem jak sądzę telefon niepotrzebny? – zagadnął doktor wychodząc.

- Jestem głodny- powiedziałem patrząc na Sasuke proszącym wzrokiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz