piątek, 19 maja 2017

Resurrected, rozdział XVI

Pożar w największym szpitalu Konohy spowodował ogromne zniszczenia. Zginęło ponad stu pacjentów i kilkunastu lekarzy. Jeszcze nie wiemy dokładnie, co wywołało tak przerażającą katastrofę. Dzięki sprawnemu działaniu władz i służb pomocy udało się uratować pozostałe osoby przebywające w szpitalu. Ostatni ocalały spadł z dachy gdy ratunkowy materac był składany. Strażacy obawiają się ponownego zaprószenia ognia, mimo wielogodzinnego gaszenia, zgliszcza budynku ciąż są niebezpieczne. Władze upraszają o przestrzeganie zakazu wstępu…”

- Sasuke wyłącz proszę. Nie chce już tego słuchać – mruknąłem odwracając głowę w przeciwną stronę od ekranu.
Sasuke posłuchał, bez pytania wyłączył wszystko mimo iż zdawało mi się, że interesuje go program. Od ponad trzech dni ciągle przeczesuje telewizję, Internet i prasę w poszukiwaniu najnowszych wiadomości.
Po tym, co się stało miasto poniosło wiele strat nie tylko pod względem gospodarczym lecz także psychicznym. Został wprowadzony tydzień żałoby, policja nieustannie próbuje znaleźć winnych. My wiemy kto za to odpowiada, nie zachowało się jednak żadne z nagrań ze szpitala, nie możemy nic udowodnić.
~
- Co się stało? – Sasuke uniósł brwi wchodząc do sali. – Widziałem tłum opuszczający to pomieszczenie.
- Widzę, że pojawił się pan Uchiha, zatem jak sądzę telefon niepotrzebny? – zagadnął doktor wychodząc.
- Jestem głodny- powiedziałem patrząc na Sasuke proszącym wzrokiem.
- Jak to głodny? Dopiero mieliście kolację – zerknął na doktora unosząc brwi.
- Przespał - wzruszył ramionami. – Nikt nie spodziewał się, ze lek przestanie działać tak szybko.
- Macie jeszcze jakąś specjalną porcję? – szepnął do doktora, jednocześnie mrugając do mnie.
Doktor zastanawiał się chwilę, po czym skinął głową i opuścił pomieszczenie.
- Sasu, nie chce szpitalnego żarcia – naburmuszyłem się. – Chcę coś normalnego.
- Nie ma nic normalnego. Zdrowe jest normalne – odparł przysiadając na moim łóżku. – Jeśli nie najesz się tym co przyniesie, przejdę się po coś, dobrze?
- Ha! Szykuj się do wyjścia!
~
Zastanawiam się teraz, czy gdybym wtedy tak nie nalegał, to czy to wszystko potoczyło by się inaczej. Gdybym był silniejszy, ci wszyscy ludzie by żyli. Albo Sasuke by do nich dołączył. Itachi jest niezrównoważony, nie wiemy czego się po nim spodziewać. Nikt nie wie.
- Znowu się zadręczasz? – położył się za mną i delikatnie objął mnie ramieniem. – Wiesz, że nie mogłeś nic zrobić.
- Mogłem. Gdybym tylko go powstrzymał…
- Jak chciałeś tego dokonać, co? – uniósł się na łokciu, by rzucić mi to swoje władcze spojrzenie. – Ze szwami, otumaniony i poobijany? Człowieku, prawie umarłeś, a ty się jeszcze obwiniasz o pożar szpitala?
- Sasuke ja… - nie wiedziałem co powiedzieć. Czułem, że wina za śmierć, tych którzy tam zginęli spoczywa na moich barkach. – Oni byli niewinni, żadne z nich nie wiedziało, dlaczego ginie.
- Nie mogłeś nic zrobić – położył się i znów przytulił, uważając na kolejne opatrunki, które mi niedawno założono.
- No właśnie, nie mogłem.
~
- Mówiłem. Nadal jestem głodny – triumfalnie uniosłem dłoń i wycelowałem w niego palcem. – Ubieraj się i skołuj mi jakiegoś porządnego burgera. Ramen też się nada, byle lekarze ci nie zabrali, ponoć nie wolno mi tak jeść – szepnąłem konspiracyjnie.
- No właśnie, nie wolno. Poszukam czegoś lekkiego, nadal nie wiemy jak się mają twoje wnętrzności po spotkaniu z nożem.
- Całkiem dobrze, chyba że… - pokręciłem tułowiem do momentu aż złapał mnie silny atak bólu. – Chyba, że się ruszam…
- Zatem nie mają się dobrze – poprawił mi poduszkę.
- Jak miło, że dbasz o moje poduszki – użyłem sarkazmu, nie chciałem poczuć się niezręcznie dziękując mu. Wystarczy, że wszystko za mnie robi.
- Nie ma sprawy – włożył czarny płaszcz, poprawił kołnierz. Wychodząc zatrzymał się jeszcze w drzwiach by się odwrócić i rzucić mi jedno z tych ciepłych spojrzeń, którymi obdarza mnie aż nader często odkąd miałem „ wypadek”. – Niedługo wrócę, uważaj na siebie i nie rób zamieszania.
- Zrobię co w mojej mocy. Z resztą, zamieszanie samo mnie znajduje.
~
Nawet nie wiedziałem ile racji było w tych słowach. Mniej więcej godzinę później, kiedy Sasuke niesamowicie długo wracał z tym jedzeniem, usłyszałem hałasy na korytarzu. Początkowo wydawało mi się, że ktoś włączył głośniej telewizor lub radio, potem, sądziłem, że to głośne rozmowy. Jednak, usłyszałem strzały i krzyki, a wtedy byłem pewien, że to nie są przyjacielskie przepychanki.
            Pierwsze, co przyszło mi do głowy to szukać drogi ucieczki. Zerwałem się z łóżka, podbiegłem do okna: za wysoko. Lina… z czego zrobię linę. Z niczego. Guzik miałem w tym cholernym pokoju. Mogłem wyjść po gzymsie, stopniowo schodzić niżej i niżej, aż uda mi się zeskoczyć na ziemię ale… Kiedy zaciskałem pięści, czułem brak siły. Nie mogłem podskoczyć ani swobodnie się schylić, nogi odmawiały mi posłuszeństwa, a dodatkowo nękały mnie zawroty głowy przy każdym mocniejszym ruchu.
- Byłem za słaby, zbyt nieporadny. Wstyd mi za to.
- Choroba i osłabienie to nie powód do wstydu. To normalne po operacji i silnym wstrząsie – odparł spokojnie Sasuke.
Mimo to, nie potrafiłem się z tym pogodzić. Ostatecznie uzbroiłem się w niezwykle ostry nóż jakie dostałem z resztką obiadu i czekałem na najgorsze. Wiedziałem, że idą po mnie. Itachi uciekł więziennej eskorcie i szedł po mnie, a ja nie miałem nic po za beznadziejnym nożem, szpitalną koszulą i gumowymi kapciami na nogach. Mógłbym co najwyżej użyć stojaka na kroplówkę. Chociaż nie, ten posłużył jako blokada drzwi.
            Utwierdziło mnie w przekonaniu zgrzytnięcie zamka w drzwiach i rozkaz, który usłyszałem chwilę przed tym, jak sforsowali moją lichą ochronę.
~
- Nie opuszczaj pomieszczeni! Zajmiemy się nim!
Czyżby był sam? Nie mam czasu myśleć, sparaliżował mnie strach. Nie było tutaj nikogo, kto mógłby mi pomóc. Chyba czas pogodzić się z tym, że zbliża się mój koniec.
Czekałem. Słyszałem śmiech i strzały, coraz głośniejsze i głośniejsze. Nieubłaganie zbliżał się do mnie, a jedyne co mogłem zrobić to zdać się na tych, którzy byli przed drzwiami. Którzy stanęli murem przed moją salą gotowi poświęcić życie za nieznanego im świadka, potrzebnego do skazania najniebezpieczniejszej osoby w mieście.
            Słyszałem jak ich ciała uderzają o posadzkę, słyszałem jak Itachi śpiewa wyliczankę. Jak jednym strzałem roztrzaskuje zamek i jak silnym kopnięciem forsuje marną barykadę ze stojaka.
Ściskałem w dłoni nóż, pokładałem w nim całą nadzieję. Nie widziałem innej opcji. Liczyłem tylko na to, że jeśli zginę, to razem z nim. Pragnąłem z całego sera, żeby Sasuke wrócił gdy będzie po wszystkim, żeby Itachi i jego nie zdołał zabić.
Kiedy tylko zobaczyłem jego twarz oszalałą wręcz z radości, rzuciłem nożem celując w sam środek czoła. I to był błąd. Zdążył uniknąć rzutu, a ja zostałem bez broni. Skazany na łaskę psychopaty.
Później było już tylko gorzej. Odrzucił broń, chciałem walczyć na pięści. Dwóch mężczyzn wpadło do pokoju, i unieruchomili mnie żelaznymi uściskami. Mieli przerośnięte mięśnie, zupełnie jakby całe życie tylko ćwiczyli. Niektórzy nazywają takich kulturystami. Dla mnie to przerośnięte goryle, zwłaszcza jeśli są na usługach psychopaty.
Usadzili mnie na krześle, przywiązali do niego dbając o to, aby każdy centymetr mojego ciała był mocno ściśnięty i unieruchomiony. Szamotałem się i wyrywałem, próbowałem kopać, gryźć i drapać. Na marne. Nic po za słowami nie mogłem z siebie wydobyć.
Itachi wstrzyknął mi coś, kiedy już byłem całkowicie unieruchomiony. Pamiętam jak się śmiał. Jedyne, co zapadło mi w pamięć to jego śmiech.
~
Na dachu też śmiał się do rozpuku. Obawiam się, że tego odrażającego i pełnego grozy dźwięku nie zapomnę do końca życia.
~
Potem wyszli jak gdyby nigdy nic, słyszałem jak ryglują drzwi, jak wrzeszczą jeden do drugiego. Obraz przed oczami mi się zamazywał, zaczynał wirować a ja nie mogłem utrzymać otwartych oczu.
~
            Przypomniałem sobie to niedawno. Obudziwszy się w skwarze, nie wiedziałem dlaczego ani jak się tam znalazłem. Chciałem jedynie uciec. Oczywiście domyślałem się kto za tym stoi, a wszystko potwierdziło się gdy dotarłem na dach.
- Złapali go prawda? – po długim milczeniu odważyłem się zadać to pytanie. Zwlekałem z tym odkąd widziałem Itachiego po raz ostatnio na dachu.
- Naruto, on nie żyje.
Zmarszczyłem brwi. Usłyszałem jakiś huk, zobaczyłem jak oczy Itachiego nagle stają się bez wyrazu, a jego ciało zaczyna przechylać się w moją stronę. Oh, ja też się przechylam, widzę już niebo spowite pióropuszem gęstego dymu. Przebłysk kilku sekund przed upadkiem.
- Popełnił samobójstwo, strzelił sobie w głowę.
- Ale…
- To bez sensu? – mruknął. – Nie chcę wnikać w to, co działo się w jego głowie. Nie wiem nawet, co czuje w związku z jego śmiercią. Jedyne o czym wtedy myślałem to znaleźć ciebie. Wyobrażasz sobie, że kiedy wróciłem z jedzeniem szpital był cały w płomieniach? Ulice były zablokowane, zbiegli się ludzie, reporterzy, służby porządkowe… A nie było mnie nieco ponad dwie godziny.
Czułem, że kręci głową.
- Nie można zostawiać cię samego, bo zaraz przyciągasz katastrofy – chyba chciał zażartować. Mocniej wtulił się w moje plecy wywołując głośny syk bólu z moich ust. Nadal miałem poparzenia, nadal miałem gips na ręce i nodze - tak założyli mi po upadku na wpół napompowany materac – nadal wszystko mnie bolało, a każdy ruch wywoływał okropne katusze. Nie wiem czy dałbym radę to znieść bez leków przeciwbólowych. Podobno zostanie mi też paskudna blizna na plecach bo rana się otworzyła, kiedy opuszczałem to cholerne piekło.
- Przepraszam, zapominam.
- Nic nie szkodzi – wydusiłem przez zaciśnięte zęby.
- Chciałem wbiec i cię szukać, wiedziałem, że musiałeś gdzieś tam być. Nie przepuścili mnie nie ważne ile razy próbowałem się przez nich przebić, mogłem jedynie stać z Ino i patrzeć jak wszystko płonie. Bezradnie patrzeć jak gdzieś tam w środku umierasz, a ja nie mogę ci pomóc.
Chyba… chyba poczułem łzę na karku.
- Sasuke… Nie tak łatwo mnie zabić. Dzięki Bogu ciebie też trudno się pozbyć – tylko na tyle było mnie teraz stać. – Nie martw się, wyliże się z tego. Nie takie rzeczy robiliśmy w sierocińcu.
- Naruto! Skakanie przez płoty i łażenie po dachach to zupełnie, co innego niż hasanie po cholernym płonącym szpitalu! To cud, że w ogóle żyjesz.
- Wiem – szepnąłem zamykając oczy. A po chwili dodałem jeszcze:
- Zamiast roztrząsać gojące się rany ciesz się cudem, draniu.
Uśmiechnąłem się lekko i ścisnąłem jego dłoń, która teraz drżała na moim biodrze. Przeżyliśmy. Koszmar dobiegł końca, a ja jakimś cudem z niego wyszedłem. Muszę jeszcze podziękować Ino. Muszę jeszcze podziękować Sasuke. Muszę jeszcze zrobić wiele rzeczy. Ale najpierw pozbędę się tego cholernego bólu.

- Sasuke? – zapytałem po upływie wielu, wielu minut czułego przytulania i ciepłego trzymania się za ręce. – Mogę dostać leki przeciwbólowe? Chyba już nie wytrzymuję.


Witajcie, dzisiaj wyjątkowo zamieszczam informację pod całym rozdziałem. Domyślam się, że poprzedni rozdział wprawił was w konsternację... cóż taki był plan! Spokojnie, wszystko jest dokładnie zaplanowane. Wiem też, że nieco popsuły się terminy i posty zamiast pojawiać się, co czwartek mają małe opóźnienie ( o czym informowałam poprzednio) jednak już wracam do normalnego trybu, także wszystko powinno wrócić do normy w najbliższym czasie.
Jeszcze mam do Was taką malutką prośbę: nie wstydźcie się i nie usuwajcie swoich komentarzy pod postami. Każda opinia jest dla mnie ważna, naprawdę chętnie poznam wasze zdanie. Kto wie, może wywiąże się z tego ciekawa dyskusja? ;)
Aoi

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz